|
|
|
|
|
| |
Ciąg dalszy>>
Renata Kim, autorka artykułu "Selekcja uczniów w polskiej szkole", który wywołał największe poruszenie, we wstępie powołała się na treść raportu o stanie oświaty przygotowywanego przez naukowców i pedagogów skupionych w konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość". Jednak wśród 14 osób zasiadających w Radzie Programowej Konwersatorium zasiada zaledwie jedna, która bezpośrednio jest związana z oświatą. Pozostali członkowie są publicystami, politykami, naukowcami prawnikami, wykładowcami akademickimi. W głównej mierze są to więc osoby, które na co dzień nie mają do czynienia z rzeczywistością szkolną. Na stronie internetowej Konwersatorium możemy przeczytać, iż powołanie do tego gremium "jest odpowiedzią na stan debaty publicznej o sprawach polskich w ostatnich latach. (
) Polsce brakuje dzisiaj szerszej wizji i perspektywy, odpowiedzi wymagają fundamentalne pytania: o nasze miejsce w Europie, o preferowane kierunki rozwoju, o sprawność funkcjonowania instytucji państwa, a przede wszystkim o to, co należy uczynić, aby zapewnić warunki do tworzenia nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego".
Wydawać by się mogło, że Konwersatorium z racji postawionych sobie celów będzie starało się formułować swoje opinie w sposób wyważony, rzetelny i w miarę obiektywny. Jak zatem było możliwe, by w raporcie Konwersatorium znalazło się całkowicie powierzchowne stwierdzenie przywołane przez dziennikarkę: "W polskich szkołach panuje segregacja. Dzieci biedniejszych rodziców już na początku kariery szkolnej oddzielane są od zamożniejszych kolegów, a zdolniejsze idą do jednej klasy z równie zdolnymi".
Odbiorca tej przytłaczającej informacji ma prawo czuć się nieco zdezorientowany z powodu nieprecyzyjnej definicji "segregacji w szkole". Czy zjawisko to polega na oddzielaniu dzieci z rodzin biednych od tych z rodzin bogatych, czyli stosowaniu kryterium majątkowego? Czy też na oddzielaniu dzieci zdolnych od ich mniej zdolnych kolegów, czyli stosowaniu kryterium - nazwijmy to w uproszczeniu - intelektualnego? Pytania te mają zasadnicze znaczenie dla przedstawionego problemu. Nie wiadomo bowiem czy dostrzeżona przez Konwersatorium segregacja w szkole ma równocześnie charakter i majątkowy i intelektualny, czy "tylko" majątkowy, albo "tylko" intelektualny. Jest zatem konieczne by definicja segregacji zaproponowana przez to gremium naukowców została doprecyzowana.
Kolejna uwaga dotyczy tendencyjnego sposobu przedstawienia problemu przez dziennikarzy. Na co dzień walczymy ze stereotypizacją. Nikt nie chce podlegać szufladkowaniu z powodu takiej czy innej cechy charakteru, opcji światopoglądowej, bądź zasobności swojego portfela. W artykule R. Kim i K. Paca (8 września br.) aż roi się od spłaszczonych i przerysowanych wizerunków uczniów bogatych i biednych. Jak w każdym emocjonującym serialu w artykułach o segregacji pojawiają się bohaterowie pozytywni i negatywni. Pierwsi to oczywiście uczniowie biedni, zdaniem pani Kim i pana Paca pozbawieni uzdolnień. Los skrzywdził ich w dwójnasób. Nie dość, że w domu się nie przelewa, to jeszcze są dyskryminowani w szkole. Czarne charaktery to oczywiście dzieci bogate i zdolne - jak chcą dziennikarze. Spędzają swoje młodzieńcze lata w całkowitej beztrosce, snobistycznie rozwijając swoje zdolności i obojętnie przechodząc obok krzywdy biednych. Pytanie, po której stronie stanie czytelnik jest jedynie pytaniem retorycznym. Nic dziwnego, że pisane w takim klimacie teksty wywołują społeczną histerię. Dziwić może, że tej histerii poddali się co niektórzy naukowcy, a nawet ministerialni urzędnicy.
Stawianie znaku równości między bogactwem a zdolnościami jest zabiegiem krzywdzącym przede wszystkim dzieci uzdolnione, które pochodzą ze środowisk biedniejszych. To niedopuszczalne stosowanie socjotechniki do grania na ludzkich emocjach. Cezary Urban, poseł i wieloletni dyrektor najlepszego w Polsce (według rankingu "Rzeczpospolitej") liceum ogólnokształcącego oraz gimnazjum uważa, że w artykułach dokonano przekłamania uznając dzieci zdolne i pracowite - nie wiadomo dlaczego przez autorów utożsamiane z bogatymi - za bezduszne i nieliczące się z innymi. - Mówiąc bardzo delikatnie, to duże uproszczenie - denerwuje się C. Urban. - W mojej szkole wielu uczniów angażuje się w pomoc innym. Prócz zajęć szkolnych i pozalekcyjnych mają czas na przykład na spotykanie się z rówieśnikami, uczniami z innych szkół po to, by pomagać im w nauce. Uczestniczą również w innych formach wolontariatu. - Nie jest zatem prawdą - konstatuje dyrektor szczecińskiego liceum - że młodzież uzdolniona z założenia jest aspołeczna i niewrażliwa.
Zanim nie doprecyzujemy czy domniemana segregacja, która niepokoi Konwersatorium, ma charakter materialny czy intelektualny, za wcześnie jest na potępianie i ściganie winnych. Dziwić zatem może pospieszna reakcja wiceministra edukacji Zbigniewa Marciniaka, który już zapowiedział: - Jeżeli rodzice w jakiejś szkole dowiedzą się, że do takiej (jakiej??? - przyp. aut.) segregacji dochodzi, to bardzo chętnie taką informację przyjmę.
Dlaczego konieczne jest doprecyzowanie z jakim rodzajem segregacji mamy do czynienia w szkole? Bo jeżeli ma ona charakter intelektualny, czyli staramy się stworzyć jak najlepsze warunki zdobywania wiedzy uczniom najzdolniejszym, to winą za jej pojawienie należy obarczyć system oświatowy. - Problemem nie są szkoły z klasami elitarnymi - mówi Danuta Nakoneczna, animatorka oddolnego ruchu wspierania wybitnych uczniów i założycielka miedzy innymi Towarzystwa Szkół Twórczych. - Dostrzegałabym go gdzie indziej. System egzaminów zewnętrznych sprawił, że są w Warszawie gimnazja przyjmujące uczniów, którzy na sprawdzianie uzyskali średnią 5,0 i takie, do których trafiają uczniowie ze średnią 2,8 czy w najlepszym wypadku 3,0. - To jest powód do niepokoju - przekonuje D. Nakoneczna.
- Selekcjonowanie młodzieży według jej uzdolnień i sprawności intelektualnej - w opinii C. Urbana - zostało przedstawione przez autorów tekstów o segregacji jako coś niezwykle nagannego. Osobiście uważam, że istnienie szkół innych niż rejonowe gimnazja czy szkoły podstawowe jest zjawiskiem ze społecznego punktu widzenia bardzo korzystnym. - W jednym z tekstów podano przykład Finlandii ("Dz" 9 września br.) jako kraju odrzucającego "selekcję". Ale przecież są inne kraje w Europie jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, w których istnieją szkoły potocznie zwane "elitarnymi" i jest to zjawisko zupełnie normalne - przekonuje dyrektor Urban. - Dochodzi w nich do "mieszania się" dzieci z różnych domów i z różnych środowisk. Zdolności nie są bowiem bezwzględnie przypisane do statusu majątkowego rodziny. Szkoły te, często z wieloletnią tradycją, kształcą elity i nie bójmy się tego stwierdzenia - nie ma w tym nic złego. Dodatkowo, jeśli nie jest to szkoła państwowa to - uzdolniony, a niezamożny - uczeń może liczyć na pomoc finansową w postaci stypendium.
Michał Boni, sekretarz stanu w kancelarii premiera dostrzegł wyraźnie te niuanse stwierdzając, że system edukacji powinien służyć wyrównywaniu szans. Podkreślił jednak, że szkoła nie może zapominać o kształceniu wybitnych talentów. - W systemie szkolnym powinniśmy budować harmonię między tym, co jest egalitarne, a tym, co będzie pozwalało nam wydobywać talenty, bo w oparciu o talenty rozwija się cywilizacja - powiedział Boni.
Praca z uczniem zdolnym to oficjalnie dopuszczona w dokumentach oświatowych forma pracy dydaktycznej. Zdaniem wielu pedagogów praktyków i specjalistów teoretyków nabiera ona obecnie coraz większego znaczenia w działalności nauczyciela i szkoły - zwiększa się bowiem zapotrzebowanie na wysoko wyspecjalizowane kadry naukowe, techniczne i kierownicze. Na stronie internetowej CODN (instytucji podległej ministrowi edukacji) można znaleźć interesujący artykuł Iwony Haby "Oferta dla ucznia zdolnego. Przypowieść o talentach - inspiracja, szansa, wyzwanie czy obowiązek każdej szkoły w Polsce?". Autorka wskazuje, że pierwszym i najważniejszym etapem pracy z uczniami zdolnymi jest ich wyselekcjonowanie i wdrożenie do samodzielnej i indywidualnej pracy. Stwierdza również, że praca dydaktyczna, w toku której uwzględnia się zdolności uczniów, może być prowadzona w rozmaitych strukturach organizacyjnych, w tym również w wydzielonych klasach i szkołach dla uzdolnionych. Takie działania są wskazane, gdyż praca z uczniem zdolnym łączy się z licznymi zmianami warunków dydaktycznych - ze zmianami treści kształcenia, procesu kształcenia. Uelastycznieniu ulega system nauczania szkolnego, dopuszcza się większą swobodę w doborze treści, różnicuje się metody i środki nauczania i uczenia się.
- Z publikacji "Dziennika" jasno wynika, że autorzy mieli z góry założoną tezę, a wszystkie przytoczone argumenty i wypowiedzi służyły jedynie jej udowodnieniu - nie ma najmniejszej wątpliwości C. Urban. - Teza wyjściowa brzmiała: uczniowie klas czy szkół elitarnych nie są w stanie zaoferować społeczeństwu nic prócz pychy i egoizmu. To w żaden sposób niedowiedziona i bardzo krzywdząca opinia dla uczniów uzdolnionych.
Śledząc z uwagą kolejne rewelacje "Dziennika" zastanawiałam się, czemu te publikacje miały służyć. Zasygnalizowaniu problemu? Tylko jakiego - skoro wszelkie przesłanki jego istnienia zostały mocno wypaczone. Rozwiązaniu problemu? Tym bardziej nie. Czy zatem chodziło o zantagonizowanie społeczności rodziców? O zamieszanie w "polskim piekiełku", bo było zbyt spokojnie i nudno?
Podział uczniów według uzdolnień jest faktem. Bo każdy człowiek ma inne predyspozycje intelektualne. I nie jest moim zamierzeniem temu przeczyć. Jestem jednak przekonana, że tej kwestii nie da się rozstrzygnąć dwoma czy trzema niezbyt rzetelnymi artykułami, w atmosferze niezdrowej sensacji. Zadaniem dziennikarzy pracujących w gazetach codziennych jest pokazywanie newsów. Nieważne czy odnoszą się one do zdarzeń realnych czy też do problemów "na gorąco" wymyślonych przez dziennikarzy. Ważne żeby zaistnieć w świadomości czytelników. Z kolei rozwiązywaniu problemów edukacji nie służy ani zamieszanie, ani ślizganie się po powierzchni problemów.
Można by więc próbować apelować do kolegów dziennikarzy, specjalistów od newsów, by w imię odpowiedzialności mediów unikali traktowania spraw polskiej oświaty, czy szerzej edukacji, jako taniej i skutecznej medialnie sensacji. Czy apel poskutkuje? Nie wiadomo. Milczenie oznaczałoby przyzwolenie na takie praktyki.
EWA JURKIEWICZ
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|
|
|
| |
|
|
|
|